Rozmòwa Kaszëbë z Pòlôchã

Tadżi: ,

(Skôrb 1868 Nr IX)

Kaszëba. Niech mdze pòchwôlony Jezus Christus.
Pòlôch. Na wieki wieków; amen. A dokąd?
K. Héwò le tu do sąsédny wsë. A Waspón skąd sã tu wzął?

P. To Wyście mnie po tak długich latach poznali?
K. Ale kò jo; bò chòc ma sã le rôz w żëcu widza, ale jesma
so téj dobrze pògôda.
P. Ja właśnie w te strony kaszubskie przychodzę, aby Wam powiedzieć,
że ja nie mam zamiaru zostać Kaszubą; ale możeże Wy się dacie
na moje kopyto przerobić.
K. A jakùż to? Jakbë to miało bëc? Kò jô Waspanë jednak czërną
a czërną prôwdã pòwiedzôł, ë Waspón téj – to ju gwësno są
sétmenôsce lat – sóm ùznôł, jak më Kaszëbi, nad Pòlôchami
górą jesmë.
P. Choćby tak było, jak wyście mi tedy opowiedzieli, to ja
jednakowoż teraz nie mam chęci zostać Kaszubą, bom się przez
te siedemnaście lat bardzo wiele ważnego nauczył.
K. A co taczégò.

P. Nasz ród Polski jest nie sto, tysiąc, ale tysiące lat starszy,
jak ród Kaszubski.
K. Zdrzëtale! Jakbë to mògło bëc?
P. My, Polacy, pochodzim od Chińczyków; a Chińczycy tworzyli
już znaczne państwo, jak jeszcze ani o Adamie a ni o Ewie
żadnej myśli nie było; bo świat Adama i Ewy jeszcze sześć
tysięcy lat nie istnieje, a państwo Chińskie już przeszło
dwanaście tysięcy lat liczy.
K.: Wejtale! To jô dzys dzywné rzeczë czëjã.
P. Nie, nie! to nie jest nic dziwnego, bo tak nasze Chińskie
dzieje opiewają; i skoro Wam ten kraj opiszę, jego dobre urządzenie
od wieków, to się wcale dziwić nie będziecie.
K. Ach jô jem nó to barzo czekawi.

P. To tedy posłuchajcie. Zapewne wiecie, że rządy krajów są
różne: jedne są monarchiczne, gdzie tylko jeden człowiek całym
krajem rządzi; inne oligarchiczne, gdzie kilku lub kilkunastu
ludzi toże sprawują; a jeszcze inne republikańskie, gdzie
cały naród w urzędowaniu udział bierze; na ostatku konstytucyjne
czyli mieszane, gdzie pan kraju rządzi razem z parlamentem,
do którego naród członków wybiera. W ogóle mówiąc, najtrwalsze
i najlepsze rządy są republikańskie i monarchiczne, osobliwie
kiedy mają dobrych cesarzy, królów itd. Myśmy mieli w Chinach
przez całe wieki dobrych cesarzy, co tak krajem zawiadywali,
iż się lud mnożył, jak piasek na brzegach morza, a pracował,
jak mrówki. Najprzód zakwitło u nas gospodarstwo, ta pewna
podstawa każdego państwa, potem wszelkie rzemiosła i sztuki.
Żaden kraj tyle ludzi nie wyżywił i nie wyżywi, jak Chiny,
które obecnie mają blisko czterysta milionów (400, 000000)
mieszkańców. W Europie jeszcze nigdzie ani nie myślano o drenażach,
o różnych nawozach na rolę itd. kiedy to wszystko się już
praktykowało w Chinach. Nawet cesarz sam, jako wielki opiekun
rolnictwa, nie wstydzi się, co rok w pewien dzień chwycić
się sochy i orać. Religijne urządzenie także temu odpowiadało
i odpowiada. W każdym miesiącu są tylko dwie niedziele. Księży,
jako oddzielnego stanu, wcale nie ma ani kościołów; jedynie
przy znaczniejszych drogach, dużych traktach wystawiono tam
sam na pięknych miejscach bramy, w których umieszczono napisy,
z ksiąg czyli biblii Konfucjusza wyjęte, aby ludzie jadący
lub idący mogli się tutaj przed słotą schronić i czym dobrym
zabawić. Dalej religia Chińczyków podług Konfucjusza nie wzbrania
mężczyzną jędrnym kochać dwie, trzy lub cztery niewiasty ze
względu, że dla chruchli i jedna żona już a wiele. W ten sposób
namnożyło się dzieci, ludu co niemiara, tak że granice Chin
były za ciasne, i musieli niektórzy obywatele się udać na
wędrówkę naprzód w samej Azji; po części ku południowi, jako
Sarmaci, po części ku północy, jako Scytowie. Na ostatku i
to nie wystarczało, więc się znaczne gromady połączyły i zaczęli
się wynosić w dalsze kraje. Odwiedziwszy Syberię albo Indie,
a nie znalazłszy miejsca dla siebie, udały one się koczując
nad morzem Kaspijskim, obok gór Kaukaskich, nad morzem Czarnym
aż do żyznych krajów Europy. Ale to nie od razu. Pierwsza
sławna gromada, jakoby przednia straż, poszła pod nazwą Hunów,
mając za dowódcę Balambera. Ten oddział dał się w czwartym
i piątym wieku po narodzeniu Chrystusa, osobliwie za czasów
Attyli, bezmała wszystkim narodom Europejskim dobrze we znaki;
jednakowoż nie mając po tym dzielnym mężu dobrego naczelnika
musiał się cofnąć, i tylko nieznaczna część zatrzymała się
w dzisiejszej Bułgarii. Potem wyszły nowe zastępy pod nazwiskiem
Awarów; i to było prawdziwe jądro całego rycerstwa Chińskiego,
do którego wszystkie narody północnej i zachodniej Azji chętnie
się łączyły; bo na tej wędrówce nie było trzeba nic robić,
tylko rekwirować, kontrybucje nakładać, anektować. Do tej
rycerskiej wyprawy, co to na końcu szóstego i na początku
siódmego wieku po narodzeniu Chrystusa całą Europę swoimi
walecznymi czynami napełniła, należeli i my, Polacy, potomkowie
Lachów czyli Lesgów, jednego oddziału Awarów Kaukaskich. Dalej
czytajcie kronikę Fredegara z 7. wieku.
K. Jô zôs mëslôł, że ricerstwò Pòlsczé czëlë szlachta z baro
różnëch narodów sã skłôdô.
P. Tak jest po części dzisiaj, osobliwie u Was, w Kaszubach;
ale tak za starodawnych czasów ani w Wielkiej ani w Małej
Polsce nie było; o czym Wy się łatwo przekonacie, porównawszy
fizjonomię prawdziwego Polaka a Chińczyka; ta sma twarz rasy
Mongolskiej, głowa ogolona, tylko na wierzchołku ów czub Chiński,
dalej owo zamiłowanie w kolorach jasnych, rażących: buty czerwone
lub żółte, czapka czerwona z barankiem białym, pas lity itd.
owe maniery Azjatyckie; popędliwość, gniew, zmienna dobroć,
niestałość, niewytrwałość, osobliwie przy pracy umysłowej,
ów duch kastowy, prawdziwie Azjatycki, owa duma militarna:
na koń; pies do nogi.
K. To je dalëbóg prôwda.
P. A więc mi już dalej nie zarzucajcie, że nie jesteśmy potomkami
Awarów.
K. Ale kò dzys ju nié.

P. Jeden niegodziwy kupiec atoli, po imieniu Samo, bardzo
nam, Awarom, sprawę popsuł, albowiem on wszystkich Słowian
znad rzek: Solowej, Łaby, Odry i Dunaju połączył w jedno państwo
i większą część naszego szlachetnego narodu zawojował i powypędzał;
jedynie my, Lachowie, nad górną Wartą i Wisłą, zwąchawszy
pismo nosem, wcale nie dawaliśmy się z nim w wojnę, nawet
przeciwnie staraliśmy się do niego łagodnie przybliżyć; a
on, widząc przed sobą jeszcze wielką wojnę z Frankami, pozwolił
nam nadal w tych okolicach pozostać. Tutejsi pierwotni mieszkańcy
byli Słowianie, od nas prawda zawojowani; ale między nimi
byli jednak jeszcze niektórzy bardzo krnąbrni ludzie; bo Scytowie
w te strony nigdy nie zawitali, cugle zaś Sarmatów były się
już popsuły, Attyla był za dobry dla nich, a podług naszej
kandary jeszcze się nie przyzwyczaili chodzić. Tych myśmy
się starali pozbyć – boć cóż nam było po nieposłusznych poddanych
– i wysyłaliśmy lub sami prowadzili ich do wojsk Samona, aby
się bili przeciwko ogólnemu wrogowi Słowian, Frankom. Skorośmy
się takim sposobem tych mądrzelów pozbyli, już nam było w
wielkiej Polsce a trochę później i w Małej Polsce jak w raju.
Reszta Słowian była nam tutaj posłuszna, coraz posłuszniejsza,
a myśmy nie potrzebowali nic więcej robić, jak tylko bankietować,
polowaniem i sejmikami się bawić; bo wszystka ziemia należała
do nas, a każdy z nas był królem w swej posiadłości. Co nam
było potrzeba, to Słowianie nam musieli dostarczać, czy to
do życia czy to do zabawy, jako swoim dziedzicom. Skoro się
to do Azji i samych Chin doniosło, że nam Lachom ta sztuka
się tak ślicznie udała, przymaszerowała do Europy nasza ariergarda
pod nazwiskiem Węgrów. Im się jak najlepiej powiodło, bo oni,
przez nasze dzieje nauczeni, że trzeba się koniecznie z silniejszym
łączyć przeciwko słabszemu, zaczęli się zaraz z Niemcami bratać
a Słowian niszczyć, i to jeszcze po dziś dzień z dobrym skutkiem
czynią. Teraz znowu wypada nam, Polakom, od nich przykład
brać; a jestem przekonany, że nam się także wkrótce uda, swobodne
życie, jak w dawniejszych czasach, prowadzić. Przeto ja myślę,
że Wy, kochany Kaszubo; najlepiej uczynicie i zostaniecie
Polakiem, szlachcicem; a wtedy zobaczycie, jakie to będą złote
czasy; skoro się jeszcze z jednym narodem skojarzym.
K. Chòc to wszëtkò, co Waspón terôz òpòwiedzôł, tak pëszno
brzmi ë jô téż wierzã, że to je prôwdzëwô prôwda, to jô jednak
Pòlôchã, szlachcëcã, òstac nie chcã.
P. A to czemu?
K. Bò jô bë miôł sobie za przëkłôd Wãgrów wzyc, a jô jich
dëcht nijak nie cerpiã.
P. Jak to być może?
K. Héwò dlô tegò, że to są nôwikszi wrogòwie wszëtczich Słowian,
jesz gòrszi jak Niemcë ë Tërcë, a nierobùsë pierszi klasë.
Słowiani mają dlô nich wszëtkò zrobic, a òni chcą le ùżëwac.
A taczich lëdzy jô nie cerpiã.

P. Jutro Wam to dowiodę, że można i bez pracy żyć, a dobrze
żyć. Więc do jutra zostańcie z Bogiem.
K. Jidzéce, Waspón, z Bògã.

(Skôrb 1868 Nr X)

P. Dzień dobry!
K. A dobri dzéń. Witajã, Waspana, witajã!
P. Dziękuję. Przy dzisiejszym ładnym poranku chcę wypełnić
moją wczorajszą obietnicę.

K. Zgòda. Jô jem téż w nocë niewiele spôł, le jem rozmiszlôł.
P. A co takiego?
K. Jakbë to téż mògło bëc, że Pòlôszë są szesc tësący lat
starszim narodã jak më, Kaszëbi, Słowincë – bò to òstatné
miono je nasze włôscëwé, a tã no le òd Pòlôchów nam narzuconé
– ë wpôdł jem nó tã mësl, czë téż Waspón sã nie zarazëł nowszëmi
filozofami, co to nad kòżdą rzeczą długò ë szerok sã rozwòdzą,
abë wszëtkò lëdzczim rozëmã dowiesc: tak pòczątk całégò swiata
jak ë wszëtczégò, co na swiece je.
P. Nie, nie! Ja takich pism czytać nie lubię; ale, jeżeli
Wyście takowe czytali, to proszę mi opowiedzieć, co w nich
stoi. A owe dowody, iż można na świecie bez pracy żyć i dobrze
żyć, odłożym na później.
K. Niech ë tak mdze; bò jô téż móm jesz niechtëré zapiteniô
ò narodach, chtërné Waspón le mimòchòdã wëmienił, jak to Skytów,
Sarmatów.
P. Chętnie dam o ich objaśnienie, bo to są narody nam, rycerzom
Awarskim, spokrewnione. Ale naprzód chcę słyszeć wywody filozofów
o początku świata.

K. Do tëch filozofów, co nôbarżi w tã materiją sã zagłãbilë,
nôleżą tak nazwóny naturaliscë. Òni bë rôd chcelë wszëtkò
z biegù nôtërë wëtłomaczëc ë dlô tegò wszëtczé przedmiotë,
co sã le dadzą ùchwacëc, chemicznie ë matematicznie rozbierają
ë robią jindukcyje abò wniosczi, dowòdzą przez wiwòdë. Tą
drogą doszlë òni do tegò zdaniô, że na pòczątkù całi swiat
béł napełniony pòwietrzim. To sã przez atrakcyją ë rëchë pòdzelëło
na miliónë miliónów gwiôzd abò słunc; a zôs kòżdé słunce wëdało
przez rotacyją mni abò wicy cał, chtërné sã planetami zowią.
Niechtërë planétë mają swòjich trabantów, jak to nasza zemia
ksãżëc. Ò zemi òni zôs tak dowòdzą: Jak ta czãsc krãgù pòwietrznégò,
co dzys zemiã stanowi, òd słunuszka sã òddzelëła, zaczã òna
sã sama wòkòło se òbracac, ë te cząstczi, chtërné bëłë cãższé,
dążëłë do wëstrzódkù, a te letkszé òddôlałë sã, jaż naòstatkù
wszëtkò sã tak pòdzelëło: piérszô bëła cwiardô z rzarzëstim
ògniã na wëstrzodkù, drëgô bëła płinnô a trzecô ùlotnô, to
je ląd, wòda ë pòwietrzé. Jednak, niżlë to tak dalek przëszło,
òdlecôł jesz przë òbracaniu jeden krąg òd kùlë zemsczi, a
z tegò sã ùtwòrzëł ksãżëc. Jak to ju wszëtkò gòtowé bëło,
téj jesz na mòc òdwiecznô, nôtërą zwónô, nie bëła spòkójnô,
nawet z pò dzys dzéń spòkójną nie je, le corôz to jinszé przemianë
z zemią robi. Te cojardë czãscë zaczął ten wewnãtrzny òdżéń
rozdëmac ë spòd wòdë w górã wësadzac. W ten spòsób pòwstałë
na różnëch môlach wnet wikszé wnet miészé lądë a wòda zla
sã pòdłùg prawideł cãżkòscë w niżënë ë ùtrzòrzëło sã mòrze,
co jesz wiedno trzë razë wicy przestrzeni òbjimô jak ląd.
Ten dzelimë na Azjã z 830,000 mil kwadratowëch; Amerikã z
663,000 m. kw.; Afrikã z 534,000 m. kw.; Europã z 168,000
m. kw.; Australija z 160,000 m. kw. ë pôłniowòpòlarny krôj,
chtërnégò wielgòsc jesz nijak nie wiadomò, bò tã panëje wiecznô
zëma. W niechtërëch czãscach pòwstałë barzilkò wësoczé górë;
tak w Aziji mómë Himalôjsczé z czubkama: Kinchinjnga 26,437
stóp, Dżawalagiri 26,340 st. ë Czamalari 24,378 st.; Kaùkasczé
z czubkã Albrus 16,770 st. wësoczim; w Americe Andes z czubkami:
de Sorata 22,200 st. Akongagua 21,900 st. ë Szimborasso 20,000
st. wësoczim; w Europie Alpë z górą Biôła 14,773 st. ë Różową
14,196 st. wësoką, a Karpatë z czubkã: Surula 9,012 stóp wësoczim.
Pòwietrze ë wòda, jakò deszcz ë lód, nie tëlkò górë kruszëłë,
ale te òkrëchë zarôz ë w dół spłukiwałë; a òdżéń corôz to
wicy nã skòrupã zemi spòd wòdë pòdnôszôł, tak że mòrze na
głãbòkòscy mùszało przëbierac; môlami ju bliskò dwie mile
wëmierzono.
P. Będzie mnie to wiele czasu kosztować, aby te wszystkie
liczby spamiętać.
K. Matematika ë chemijô są głowné pòdstawë wszëtczich dowòdów.
Pòdług tëch wiadomòscy wnioskùją cy mądrzelowie, że do ùtwòrzeniô
taczi zemie, jaką nasza terôz je, nie bëło dwanôsce razi tële
czasë pòtrzeba; bò na pòczątkù na tëch, z wòdë wësadzonëch,
pùklach bëłë barzo niedokładné zelëska ë zwiérze, chtërné
pò czãscy terôz ju nijak nie egzëstëją. Pòtemù za tësąc ë
zôs tësąc lat zaczãłë sã dokładnészé zwierze twòrzëc, jaż
na òstatkù ë ród lëdzczi pòwstôł, czej dlô niegò ju bëło wszëtkò
na zemi tak przëspòsobioné, żebë tu mògło żëc. Czë òn sã le
na jednym môlu òkôzôł czë téż na czilka razã, tegò gwësno
nicht dëcht dokładnie nie wëkôże, ale nôwicy ùczonëch ùtrzëmùje,
że to sã stało na czilka môlach, chòc nie jednégò czasë; a
to wiedno tã, dze ląd nôwëżi z mòrza wëstôwôł.
P. To mnie nadzwyczajnie cieszy, że ci uczeni ludzie moje
zdanie o dawności naszego rodu azjatyckiego tak ślicznie popierają.
K. Chòc cy mądrzelowie tak dowòdzą, to jednak më, Kaszëbi,
co jesmë barżi chrzescyjansczi, jak dzysejszi lud w Rzimie
abò Jerozolëmie – dlô tegò më so pòwiôdômë, że Christus sã
w Kaszëbach narodzëł – ni mòżemë żódną miarą taczich dowòdów
przëjic.
P. Z czasem wszystko się zmienia, nawet i zdania. Ale o tym
potim.

K. Dobrze, dobrze! Kò terôz jô proszã Waspana, mie jesz co
ò Skytach ë Sarmatach pòwiedzec.
P. Skytowie, Żydzi, Sarmaci, Hunowie, Węgrzy, Kozarzi, Kumani,
Turcy, Tatarzy i Mongołowie są nasi pobratymcy, Azjaci koczujący.
My się wszyscy, jako narody waleczne, z Azji do Europy dostali.
Naprzód Skytowie zawojowali wschodnie kraje Europy po Dniestr
i Pregołę i tej części Europy nadali nazwę Skytia. Z pewnością
by się później dalej posunęli, żeby nie byli im Celtowie czyli
Galowie przeszkodzili. W czwartym wieku przed narodzeniem
Chrystusa wyszedł ten naród z dzisiejszej Francji i od Alp,
a dążył z mieczem w ręku ku wschodowi nad rzeką Dunajem. Tymczasem
z drugiej strony od gór Kaukaskich wystąpili Sarmaci i szerzyli
swoje zdobycze ku zachodowi, Skytów wypierając. Ci znowu udali
się do swoich braci nad Bałtyk, gdzie zawojowanych Słowian
na Litwinów przerobili. Ale i tutaj dokuczał im przez niektóren
czas narody Skandynawskie pod nazwą Gotów, szykujące się na
wędrówkę ku Czarnemu morzu. Tym północnym barbarom nie mogli
Sarmaci stawić należytego odporu, bo posiadali dwie wady,
jak to niektórzy ludzie uważają: naprzód, że nie lubili gospodarstwem
się trudnić, a po drugie, że każda horda, każdy oddział chciał
być niezależnym. Roksolani nie chcieli nic wiedzieć o Alanach,
Alani znowu o Jadźwingach itd. Dlatego zajęli Gotowie lekkim
kosztem północne brzegi morza Czarnego a Sarmaci, nolentes
volentes, wyniośli się w zachodniopółnocne strony. Pierwsza
horda, Alani, przeszła Bug i Wisłę a tedy, połączywszy się
z Wendami czyli Wandami, przyjęła nazwę Wand-Alanów i , dalej
życie wędrowne prowadząc, nie tylko w Europie ale i w Afryce
różne narody podbijała. Druga horda, Roksolani, to jądro wszystkich
Sarmatów, stanąwszy nad Wisłą, umieli się tutaj nad Słowianami
tak wynieść, wywyższyć, że my ich za naszych poprzedników
i pod pewnym względem za naszych nauczycieli uznawać musimy,
a przeto w poezji Sarmatami się mianujemy. Trzecia horda,
Jadźwingowie, znajdowała się zaraz od początku między kowadłem
i młotem, bo Roksolani, w nowej siedzibie Polanami nazwani,
im dalej ku zachodowi się posunąć nie dozwalali a Gotowie,
obrósłszy w pierze, od południa i wschodu na nich dybali.
Świetny był trzeci i czwarty wiek po nar. Chr. Dla tych północnych
barbarów, aż trafiła kosa na kamień: ich wzięli Hunowie dobrze
w kluby i znowu nastały tutaj błogie czasy azjatyckie, jak
już to przedtem opowiedziałem.
K. Ti Gòtowie gwësno ë przez nasze stronë Kaszëbsczé lezlë,
bò w naszi mòwie słowiansczi je wiele słów Skandinawsczich,
òsoblëwie przëmiotników; chtërné ale kòżdi lingwista letkò
pòznô pò jich gnôcany fòrmie; òne są wszëtczé bez rodzajów,
przëpôdków ë lëczbë.
P. Ja o naszej rodowitej mowie Wam wiele powiedzieć nie umiem
(w której, jak się wydaje wszystkie dwa lub więcej zgłoskowe
słowa doraźnik czyli akcent na przedostatniej sylabie miały
i ten sposób wymawiania od nas do mowy polskiej się dostał);
bo wszystkie narody azjatyckie, koczujące, przyzwyczajały
się bardzo często do obcych języków. My, Awarzy, tak mocno
polubiliśmy język łaciński – co i nasi pobratymcy Węgrzy później
uczynili – że nam do wszystkiego wystarczał. Do każdego urzędu
był on najbardziej lub jedynie potrzebny. Ksiądz łacinnik,
sędzia łacinnik itd. nawet dworska kucharka tym językiem paplała
albo przynajmniej niejedno słowo przebąknęła. Każdy rycerz
patrzał z pogardą na słowiańszczyznę, jako na język poddanych.
Woleliśmy już rozmówić się po francusku albo zaśpiewać po
włosku. W kwitnących czasach i niejeden sługus porywał francuszczyznę;
co nie każdemu panu, osobliwie nie każdej pani, było do gustu.
K. Gwësno dlô tegò, żebë ten twór nie stôł sã swòjsczim ë
niestracëł na walorze. Wiele lëdzy ùwôżają kòżdi towôr zagraniczny
za lepszi jak swòjsczi. Tak pariskô szãkôrka nazéwô sã w Pòlsce
guwernantką a francusczi wërobnik guwernerem.
P. Toć i od nich można się nauczyć po francusku mówić. Ale
wybaczcie, już wielki czas do kościoła.

K. Jesz na chwielkã, bò mie przëszła na mësl jedna pòwiôstka,
chtërną jem czëł na Krajnie.
P. Jeno króciuchno.
K. Powien szlachcic nad Wisłą, co miał liczne zbiory;
Że mu pokłon dawano, czyniono honory;
Rozumiał, iż upodli przez to swego syna,
Gdyby go ujrzał w szkole z dzieckiem mieszczanina,

Począł tedy przemyślać, jak go edukować.
Za najlepsze osądził, guwernerów chować,
Sprowadził więc Anglika, Włocha, Francuza,
I kazał go nauczać, co opiewa muza.
A tak, gdy wyszedł synek z tych trzech mistrzów szkoły,
Powiedział, że Polacy nie ludzie, lecz woły,

Zapłakał szlachcic na to, gdy usłyszał o wole,
I odtąd dzieci kształcił w narodowej szkole.

(skôrb 1868 Nr XII)

P. Mój kochany Kaszuba! Wyście pewnie zaraz po kościele mnie
się spodziewali?
K. Tak, Tak.
P. A mi się nadarzyła po kościele okazja do zwiedzenia ostatnich
kącików słowiańskich na Pomorzu pod Miastkiem, Bytowem i Słupskiem,
gdzie się przekonałem, iż istotnie tamtejsi mieszkańcy Słowińcami
się mianują a swój język słowińskim nazywają.

K. Jo, jo! to je prôwdzëwie ë nasza piérwòtnô nazwa, jak jem
ju przedtim nadmieniôł. – Toteż proszã mie pòwiedzec, jak
sã Waspanë nasz kòscół ùdôł?
P. Jak to na wsi – bardzo dobrze; boć i niektóre miasteczko
tak ładnego nie posiada.
K. Żebë Waspón béł jen le przed szterdzëscë lat widzôł, jak
jesz przë nim wspaniałi klôsztór Benediktink stojôł: téj òn
sã wiele, wiele lepi òkazowôł. Ale mie nick, tobie nick przeszło
ksãdzë probòszczowi na mësl, jeden kąsk klôsztorë pò drëdżim
ùrëwac, mùrë rozwalac, ë żebë sã ò tim nie béł nasz dobri
rząd, chòc to lëtersczi, dowiedzôł a temù chùtinkò nie zapòbiegł,
tobë ju gwësno nie tëlkò klôsztor, ale ë całi kòscół w gruzach
leżôł.
P. A jakaż toby pobudka do tak bezbożnego czynu była? Jednak
nie chętka znalezienia pieniędzy, o których w każdym klasztorze
wiele rozpowiadano, a to często nie bez przyczyny?
K. Jô nie wiém.
P. To mi się przy kościele nie spodobało, że ze cmentarza
zrobiono łąkę. Czyliż i to z chciwości?

K. Tak, tak! Ë mie sã to téż nie widzy, abë cała lëdzczé tak
zagrzebac, jak jaczégò psa, bez mògiłczi nad kòżdim grobã.
Mie sã zdaje, że to je czësté widzymisã, bò prawò prësczé
tegò nie zabrôniô, przecywnie przepisëje wëwëższenié ze zemi
nad kòżdim grobã. Tak téż przed piãtnôscë lati nie bëło: téj
nawet snôżé, wiôldżé lëpë na smãtôrzu stojałë, a nad kòżdim
grobã bëła mòdżiłka. Starszi wiedzelë, dze zwłoczi dzecy,
a dzecë, dze zwłoczi starszëch spòcziwałë. Brat szedł na grób
sostrë a sostra na grób brata ë zmówilë swój pôcórk; nawet
krewni z daleczich stron mòglë òdwiedzëc taczé grobë ë pòbòżnie
do Bòga westchnąc. Dzys to je dëcht jinaczi; to wszëtkò mô
kùńc.
P. Toć jednak i to nie jest księdza proboszcza sprawka? boć,
jak wysoko on takowe pamiątki ceni, widziałem z tego, iż dał
swym krewnym i gospodyni wystawić nagrobek, a naokół grobu
znajdują się sztacheciki z lanego żelaza.
K. Nié tak! Gòspòdëni ë krewnym.
P. Niechaj i tak jest. Tylko nad niemieckim napisem mocno
się dziwowałem, gdyż mi powiadano, że on sam jest rodowity
Kaszuba i jego wszyscy krewni są także Kaszubami; a w kościele
jedynie język słowiański słyszałem.
K. Pòd tim wzglãdã nie je nasz ksądz probòszcz ani gòrszi
ani lepszi òd wiele jinszëch ksãdzów. Gadac to òni lubią do
chłopa, chòc ë dëcht majãtnégò, pò pòlskù, nawet ë pò kaszëbskù:
Co przëniósłes? Zapłac ë tã dali; a zôs do Żëda ju perzinkã
grzeczni: Co kùpiec pòwié? Co tã slichac w swiece? Ale skòro
do nich chto pò niemieckù zaszwargòce, to zarôz jegò panã
(Sie) nazéwają; bò dostalë dobrą nôùczkã w seminarium dëchòwnym
òd s.p. biskùpa Sedlaka: „Czéj bãdzece, Panowie, pisac do
przewielebnégò kònsystorza, to piszece pò niemieckù abò wëjątkòwò
pò łacënie, ale nigdë pò pòlskù, bò tak kòżdi chłop gôdô.”
P. Ej, to jest dziwna myśl! Jakoby lud prosty w Niemczech
po niemiecku, we Francji po francusku itd. nie mówił. Gdzie
tu logika? – Nasz arcypasterz polubił język łaciński, naturalnie
z tej przyczyny, że łączy duchowieństwo rzymsko-katolickie
z Rzymem a wstrzymuje takowe od bliższego zapoznania się z
słowiańszczyzną.

K. Bò tak, bò tak! Jeden cygnął do Berlina a drëdżi cygnie
do Rzimù – ë basta! Tã grzecznosc dlô kòżdégò Niemca mòżna
sobie ë tak wëłożëc: Prostôków abò sã wabi ùsmiéchã abò sã
jich zmùszô pòstrachã. Stąd to przëmilenié przë kòżdi leżnoscë
kù Niemcóm a zôs no cągłe szkalowanié we wszëtczich gazétach
pòlsczich na Mòskôli ë greckò-katolëcką wiarã, jednym słowã:
na wszëtkò to, co je słowiańsczé; bò wszëtcë Słowiani są głëpcami
prócz Pòlôchów, chtërzi we wszëtczim dobrim ë mądrim całémù
swiatë przódkùją. Pisma tak redagòwóné ksądz ë szlachcëc zachwôli
a ludk głupi so kùpi.
P. To jest bardzo politycznie, tak z strony panów redaktorów
jak z strony księży i szlachty. Stare przysłowie powiada:
„Podchlebiaj, podchlebiaj, a będziesz szczęśliwym.” A jeszcze
daleko lepiej każde podchlebstwo się uda, kiedy się przy tym
drugich gani, ale ostrożnie. Mądry redaktor w Prusach grozi
palcem w bucie albo pięścią w kieszeni Prusakom, w Austrii
Austryjakom; ale jak wpadnie na Ruska, to już pięści z kieszeni
bezpiecznie wyjmuje, osobliwie pisząc w Francji lub Anglii.
K. Jô bë mëslôł, żebë to bëło wiele szëkòwni przecywkò Francuzóm
ë jinszim tak nazwónym narodóm cywilizowónym, co to Pôlôchów
òd wieków za nos wòdzą ë za głëpców trzimają, drist wëstãpic,
naùkòwé rozprawë pisac ë jejich zdaniô zbijac, bò òd zachòdë
nóm nie tëlkò pòd wzglãdã pòliticznym ë jãzëkòwim czëstô zagłada
grozy, ale nawet pòd wzglãdã relidżijnym. Stąd przëchòdzy
w corôz wikszëch pòrcyjach trëcëzna dlô kòscoła rzimskòkatolëcczégò,
niestetë! dlô całégò chrzescyjaństwa.
P. Jakoby to mogło być? Czyli nie są w Niemczech nad Renem,
w Bawarii itd. pobożni katolicy? A dopiero Francja cała jest
katolicka.
K. To je wszëtkò prôwda. Ale cëż to pòmóże, czéj tã je barzilkò
wiele òwc parszëwëch.
P. Ja o tym nigdy nie słyszałem.

K. Téj dajma lepi rzeczóm pòkój; bò spór midzë greckòkatolëczim
czëlë słowiańsczim a rzimskò-katolecczim kòscołã ò pòchòdzenié
ducha swiãtégò jedënie òd Bòga Òjca abò òd Bòga Òjca ë Bòga
Sëna razã je le fraszką procëmkò sofizmatóm niemiecczich ë
francëskich mądzrzelów. Dlô tegò tobë bëło jak nôwôżniészé
dlô katolëcczégò dëchòwieństwa te milné zdania nôùkòwò zbijac
a nie wiedno lud słowiansczi lëdã słowiansczim straszëc ë
tak pòbramtimców nó sã szczëwac.
P. Ale już mówcie, mówcie! cóż się na zachodzie dzieje?
K. (Bije sã w piersë.) Bòże! òdpùscë mie mòje grzéchë; Bòże!
bãdze mie miłoscyw. Ti chrzescyjansczi pògani abò pògansczi
chrzescyjanié w Niemczech, we Francyji ë tã dali, dowòdzą,
że biblëjô nie je pismã swiãtim, że Christus nie béł Bògã,
nawet wątpią ò dëszi w cele lëdzczim. – Taczé są jejich gôdczi!
P. Dalej, dalej! Ja lubię takie bajdaluki, dziwolągi słuchać.
K. Mie, jakò dobrégò Kaszëbã, katolëka, co to nie tëlkò wełnã,
ale skórã ë miãso dô, czéj mù le ksądz wieczné zbawienié dëszë
zabezpieczi, złosc pòbiérô, krew do głowë bije ë wszëtczé
członczi sã trzãsą, czej jô to czëjã abò czëtajã.
P. Jak ci Sofiści mogą takie rzeczy dowodzić?

K. Òni sobie krótkò tak rezonëją: Czéjbë pismò swiãtë òd samégò
Bòga pòchòdzëło, tobë w nim żódné òmiłczi ani żódnëch brëdów,
niedorzecznoscy bëc ni mògło. Ale terôz je nôùkòwò dowiodłé,
że pòdług bùdowlë cała człowieczégò, òsoblëwie gnôtów głowë
wszëtcë lëdze òd jedny pôrczi, Jadama ë Jewë, a tim mni jesz
òd Noégò ë jegò sënów pòchòdzëc ni mògą. Także je zemia pòdług
rocznëch krãgów òdwiecznëch drzéwiãt wiele starszô, niżlë
to pismò swiãté, ta biblëjô pòdaje. A cëż dopiérzë z nim ò
pòtopie gadac, chtërnégò niemòżlëwòsc a przënômny takòwégò
ògraniczenié na zemiã, midzë Eufratã ë Tigrisã leżącą, tak
fùndamentalnie dowòdzą, że je trudno jim sã òprzéc; bò w tëch
czasach miałë ju Egipt, Chinë ë Jindije swòjé dzeje. Dlô tegò
trzeba sobie ùszë le zatknąc, jak cy zãbòlowie zaczną sã wëszczerzac
z negò pësznégò òpisë archë Noégò; bò òni ùmieją to wszëtkò
przez różné lëczbë tak dobitnie wëszëdzëc, że nic a nic prôwdë
w tim òpisaniu nie òstónie na przëkłôd: òni zaczną wëlëczac
wszëtczé gatënczi zwiérzãt a téj dali wnioskùją, że taczégò
òkrãta nawet przë dzyséjszi kùlturze nicht bë nie zbùdowôł,
cobë òd wszëtczich zwierzãt, na zemi ë w pòwietrzu żëjącëch,
pò pôrze mògło sã ùmiescëc. Samëch psów je czilkanôsce gatënków.
Dëcht za bôjkã pòczëtëją òni nã pòwiôstkã ò bùdowaniu wieżë
Babilonsczi ë tãtejszim pòczątkù wszëtczich różnëch mów na
swiece. A jim rzec, że nie tëlkò ksądz wikari, ale sóm ksądz
probòszcz tak a nie jinaczi ùczi; to sã zaczną smiôc do rozpãknieniô,
jak jaczi wariôcë, a pòtemù nibë z miłoserdzô tak dowòdzëc,
jakbë chcelë pòwiedzëc to, co Hus, na stose gòrejący do ny
bôbczi, pôrã drewiénk na òdżéń rzucający: ôh glëpòta nad glëpòtami
(a saneta simplicitas). Pòd tim wzglãdã znaczi ù nich Bopp
wicy, jak jaczikòlwiek pòp, chòcbë ë sóm pôpież, Szlejcher
lepi jim brzmi, jak Szlejermacher, a żid Lichtenstejn je dlô
nich swiatłã, nie kamieniã; nawet Pott je jim pëszné słowò.
P. Szkoda, szkoda! że już nie mamy więcej szkół klasztornych.
Tam wszystko wykładano naukowo w języku łacińskim podług Alwara;
tylko wyjątkowo uczono paniczów magnatów podług książek francuskich,
tak gramatyki języka polskiego z „Essai de grammaire polonaise
pratiqwe et raisonnée. Varsowie. 1807.” Wielkie damy w Polsce
uważały i modlitwę francuską za Bogu przyjemniejszą niżeli
łacińską albo polską. – Jednakowoż Alwara dziełko, to była
jedyna książka! Kto tej na pamięć się nauczył, mógł nawet
z panem profesorem naukowo po łacinie dobrze się rozmówić
i nie potrzebował się lękać przed: „habes signam!” co to za
sobą malas notas pociągało, a O. Gwardian potem na końcu kwartału
obdarzał nie z prawego rękawa świętymi patronami, jeno z lewego!

K. Ale ë pòd tim wzglãdã ni ma na tëch bezbòżników żódny radë,
bò ù nich nie pòpłôcô jãzëk le mësl, chtërną sã òpòwié abò
napisze. Głëpstwò je głëpstwã, chòc ë pò hebrajskù abò pò
łacënie wërzekłé; a pòjedincze słowa z cëzëch mów wzãté ni
mają bëc wiedno òznôką wiôldżi mądroscë ë wiédzë, le barzo
czãsto zasłoną brakù mësli abò téż czôrnym òszustwã, abë jinszim
lëdzóm piôskù w òczë nasëpac. Dlô tegò nie robi hebrajsczi
jãzëk na tëch mądrzelów żódnégò wrażeniô. Tak ùtonienié Faraona,
króla egipsczégò z całim wòjskã òni sobie dëcht naturalnie
przez przëpłiw ë òdpłiw mòrza Czerwionégò tłomaczą, przëpisëjąc
mądrémù Móżeszowi wiôlgą znajomòsc tëi rzeczë, jak ë zrzódeł
ë gór w pùszczi arabsczi, dze òn jak móg lud żedowsczi òszëkòwôł
w ti dobri mësli, abë swégò célë dopią ë jen ùszczestlëwił.
Pòdaniô biblijnégò, że zemia cëchò stoji a słonuszkò nawòkół
ny sã òbrôcô, ju wicy w żódny szkòle nie ùczą. To je bòlestno,
że nasz rodôk Kòpernik to tegò sã nôbarżi przëczënił. – Jak
cy pùrziscë ti friwòlné môle, np. w Hiobie, nicëją, mòżna
sobie letkò wëstawic, czéj nawet barzo pòbòżné miesca nie
ùszłë jejich kriticzi. Tak òni ò Dawidze ë Salomònie rozprôwiają,
że cy królowie bëlë za młodëch lat jak nôwikszëmi rozpùstnikami,
a dopiérzë w staroscy pisôł Dawid pòbòżné psalmë a Salomòn
mądré przipòwiescë. Jednym słowã: òni pismò swiãté ë jegò
pisôrzi dëcht tak kritëkùją, jak kòżdé jinszé dzeło swiecczé.
P. Na księgi starego testamentu już trochę zezwalam; ale jak
ci sofiści chcą nowy testament zaczepić, osobliwie boskości
Chrystusa, to ja żadną miarą nie pojmuję.
K. Dac le kòkòszi grzãdë, to òna chce wszãdë. Jak ti naùkòwi
hereticë wpadlë nó tã milną drogã, wszëtkò badac ë le to za
gwësné przijmòwac, co òni mògą czëc, maklac, szmakac, wąchac,
slëchac, widzec ë swòjim rozëmã pòjic, abò co przënômni przecywkò
rozëmòwi lëdzcziémù nie je, tak sobie móżesz, Waspón, letkò
wëstawic, że ju ë Christus ni mógł jinaczi pòwstac, jak le
tak, jak kòżdi jinszi człowiek. Przë tim òni so jesz pòwiedzą,
żebë cëda – w chtërë òni naturalnie nie wierzą – ùbliżałë
samémù Bògù, żebë timspòsobã jegò sã przërówniwało do jaczégò
méstra, co to swòje dzeło òd czasë do czasë mùszi pòprawiac,
jak to òd chrzescyjan pògardzony ë za pòganów ùznóny Bùdajiscë
chcą miec, cobë jim co tësąc lat jaczi nowi pòsłanc z nieba
przëszedł ë wszëtkò zepsowóné naprawił. – Ten spór ò dwòjaką
nôtërã, bòską ë lëdzką Christusa nie je téż dëcht nijak nowi,
bò ju w piérszëch wiekach pò Jegò narodzenim Arian ze swòjimi
zwòlennikami ùtrzëmòwôł, że Jezus Christus le jedną nôtërã
miôł, jaż jich na sobòrze Nicejsczim kòscół chrzescyjansczi
mùszôł wëklic. Niestetë! pòmimò tegò mają Ariani jesz pò dzysdzéń
ù nas na Mazurach w Kòszinówce (Andreaswalde) swój kòscół.
A to stąd pòchòdzy: Jesz przed Cyrilã ë Metodã, bò ju w trzecym
wiekù pò narodzeniu Christusa, rozszerzëłë Arian ë jegò zwòlennicë
midzë Słowianami wiarã chrzescyjanską, chòc błãdną, ë òna
sã w Pòlsce przez wszëtczé wieczi, chòc òd czasë do czasë
barzo przëgniotłô, pòd różnëmi nazwistkami ùtrzima. Ò jinszëch
pòdobnëch òdszczepiéncach np. Òrmijanach, Jakòbitach, chcemë
zamilczec, le sobie przëpòmniec, co Francuzë pòdczas ne wiôldżi
rewòlucyji z Chrzescyjaństwã zrobilë! Tak grozëło ë grozy
czësti wierze chrzescyjansczi, co to w Christuse dwie nôtërë
ùznaje, niebezpieczenstwò òd pôłnia ë zôchòdë, a nie òd wschòdë.
Cy mądrzelowie w Niemczech ë we Francyji chcą nawet z nowégò
testamentë wëczëtac, że Christus miôł rodzonëch bracy ë że
ù nich jegò wiara òbjawionô nômny pòpłôca. Wiara chrzescyjanskô
wògóle rëchli zakwitła miédzë sąsednëmi pògansczimi narodami,
jak miédzë samëmi, òd Bòga wëbrónëmi Żëdami, co Christusa
ë jegò pòchòdzenié nôlepi znalë. Dlô tegò cy sofiscë tak rôd
sã òdwòłują do historiji żëdowsczi nëch czasów ë kôrbią, że
wiara chrzescyjanskô ze wszëtczich wiar nôwicy krwie niewinny
przela.
P. A nie mogliby nasi kochani księża takich wariackich zdań
zbić?

K. Kò gwësno bë mòglë, żebë le chcelë; ale jak sã wëdaje,
to òni z tëmi przemądrzłëmi lëdzami nie chcą sã w żódną rzecz,
w żódną dispùtã wdac, le na nich, jak Boernë pòwiôdô, z pògardą
wzérają, jak na taczich, co ni mają żódnégò przëstãpù do dwòrë
niebiesczégò: bò, jak Hejne pisze, ksądz katolëcczki chòdzy
tak, jakbë jemù niebò nôleżało, zôs ksądz lëtersczi tak sã
wëkrącô, jakbë miôł niebò w harãdze.
P. Toć ci pazerni Niemcy tak źle nie mówią.
K. Lata niezle! Mają cy panowie za ùszami, jak ë wszëtcë pisôrze
tegò sortë, co to sã fòrmalnie na wszëtczich ksãżi spiknãlë,
ë chòc no wëchwôlają, to z nijaką jironiją. Tak jeden òpòwiôdô,
że jak arcëpastérz Dzewinsczi (Magdebùrsczi) w Rzimie sã zapitôł,
czë to je wòlno brac òd pògansczich włôscëceli meszné? Miôł
mù òjc swiãti òdpisac:Kòchany brace w Christuse! To sã zamò
przéz sã rozmieje, że mùsysz brac; bò wejle: Pón Bóg stwòrzëł
zemiã, a më jesmë jegò słëgami, dlô tegò òna do nas nôleżi;
a żebë Të jes dzesãcënë òd tëch lëdzy nie brôł, tobë òni mëslëlë,
że te grënta jim nôleżą. Drëdżi pisôrz donosy, że pôpież Grzegòrz,
co tësąc lat pò narodzeniu Christusa bezżeństwò ksãżi ë naùszną
spòwiedz w kòscele rzimskò-katolëcczim zaprowadzëł, miôł pòwiedzec:
Terôz jô mòje wòjskò ò pôrã kroc sto tësący pòwikszëł. Òn
bë mógł jesz rzec: Jô trzimajã wszëtczich dëchòwnëch kòscoła
rzimskò-katolëcczégò na léncuchach, a ti zôs wszëtczich katolëków
na pòwrozach. Stąd trzecy mądrzela przebąkùje: Ksãdzë katolëcczémù
je dobrze na kazlnicy prawic, czéj mù parafiani przë spòwiednicy
ò wszëtczim mùszą szeptac. Czwiôrti bùrzëcel zôs nibë jich
chwôli, rozprôwiając, że ni ma mądrzéjszégò towarzëstwa na
swiece nad dëchòwieństwò, co to dobrze wie, że nôlepi je téj
brac, rëbë łowic, czéj wòda je mãtnô, czéj spòkójnô rozwôga
pòd wpłëwã za wiôldżégò smùtkù abò redoscë ùstaje. Dlô tegò
trzimô ksądz mieszk òtemkłi pò narodzeniu dzecka (chrzest),
przë dozdrzelëwaniu (piérszô spòwiédz), pò dozdrzeleniu (slub),
przë smiercy (pògrzéb), to je, òn mô wiedno òczë głównie zwróconé
nó ten pùnkt pùnktów, pùnkt centralny. Pòtemù piąti jim zarzucô,
że òni prosti lud le zwòdzą, gdëż sami w to nie wierzą, co
na kazalnicy ë przë katechezacyji naùczają, dze w pësznëch
słowach ò niebie tak rozprôwiają, jakbë tã jesz barżi swiadomi
bëlë, jak na swòjim pòdwórkù, nawet niejednemù za pôrã złotëch
abò téż za grëbé pieniądze tã przistãp wëjednac przëòbiecëją;
a jednak skòro sã mają sami do nieba przeprowadzëc, to jim
sã dëcht nijak niechce: òni bë wòlelë tã jesz wprzód Piotra
ë Pawła wëprawic nó te niebiesczé rozkòsze ë ùcéchë, a sami
tu na zemi òstac, abë sã zabawic z kòrkã, rozpòrkã abò wòrkã.
Nó to jidze niejednë wdówczi, chòc nie krówka, to przënômny
celã abò gąska; a jednak pismò swiãté wszãdze a wszãdze chcëwòsc
pòtãpiô, słëgóm bòżim nawet sakwë ë taszë w ruchnach zabrôniô,
dzebë mòglë co włożëc. Jesz jinny przëpisëje jim òkropną chãtkã
nieszaniô sã w familijné, domòwé jinteresa ë pòrówniwô jich
z pòdłëmi jintrigantami ë tak dlô ùniknieniô tegò złégò bierzą
so rozsądny katolëcë żonë abò gòspòdënie niekatolëcczi. Dlô
tegò je ju wiôldżi, wieldżi czas, abë tim heretikóm, tim nieproszonym
kritikóm pësk zasztopac ë dowiesc, że òni łżą, łżą, łżą!
P. To jest źle, bardzo źle, że dzisiaj już nie ma nigdzie
na świecie na takich ludzi porządnej inkwizycji, jak to przed
laty było w Hiszpanii; to by tych wszystkich oszczerców trzeba
popalić razem z ich pismami; a wszystkim drukarzom zakazać,
takie bezbożne książki i rozprawki drukować. U tych mądrych
głupców pewno i najświętsze sakramenta nie mają żadnego znaczenia.
K. To sã samò przez sã rozmieje, że le tak dalek je przëznają,
jak w jejich króm pasëją. Z niechtërnëch czinnoscy kòscelnëch,
òsoblëwie rzimskò-katolëczich, jak to swiãceniô wòdë, wina,
krédë, szatlachù, zelô, winôszków, lubią òni sã niezmiernie
nasmiewac ë takòwé ganic, nibë z te dobré przëczënë, że te
rzeczë le dają przebiegłim òszustóm spòsobnosc do zwòdzeniô
prostégò lëdë pòdczas chòrób ë przë jinszëch leżnoscach. Jinszi
ùznają to za czëstą chitrosc dëchòwieństwa ë pòdsuwają tim
òbrządkóm nibë jezujicką zasadą: Swiat chce bëc òszukónym
(Mundus vult decipi). A chcec tim niedowiarkòm pòdług ùczonégò
dzeła, „Akademija wszelkiej scyjencyji pełna” z 1746. rokù
dowiesc, że cëda sã dzałë, dze tã pòd napisã „Polska świętych
ojczyzna” w II. czãscy na stronie 418. pò wëleczeniu szesnôscë
Krucëfyksów w Pòlsce stoji: Jest i więcej po Polsce i Litwie
cudownych krucyfiksów; ale że o nich nie mam należytej informacyji,
malo tacere, quam errare. Daléj na str. 422. „Otóż masz w
Koronie i w Litwie Obrazów N. Maryi cudownych, łaskami słynących
wszystkich 78. Obrazy zaś różnych Świętych, przy których cuda
Bóg czyni w Polsce, wyliczać bilbi Herculeus labor; zaczym
go się niepodejmuję.” to òni zarôz są z jironicznym zapitaniém
na placu: Jak cy Swiãcy, te cëdowné krucëfyksë ë òbrazë mògłë
dopùscëc, że Prësôk luter, Rësk schizmatik, ë Austrijôk jejich
òjczëznã rozebralë? Czëlë to nie przez zdradã Matczi Bòsczi
Czãstochòwsczi, co to ją Pòlôszë Rëskóm wzãlë ë swòją królową
zrobilë? Pòtémù chcą dali wiedzec, skąd to pòchòdzy, że, dze
le sã kòscół ewangelicczi zagniéżdżi, tã sã zarôz cëdów nei
spòstrzégô; jakbë jedënie ksądz katolëcczi miôł ten dôr, ùtrzimaniô
miesc cëdownëch w pòrządkù.
P. Ach, jakie to są dziwne myśli!

K. Na tim nie je jesz kùńc. Ti niedowiarkòwie jesz wiele wicy
pleszczą: na przëkłôd, że ksądz mô w tidzéniu le jeden dzéń
robòczi, a jinszi lëdze mają szesc; że ùczeni wòlą dëspùtowac
z człowiekã, co mô òlij w głowie, a nié le na głowie; że rozwôga
nad tajemnicą Trójcë przenôswiãtszi ju wiele prostôków, nawet
ë ùczonëch mãżów, jak to negò profesora Teologijë w Brunowie
czëlë, jak niemcë chcą, Brunsbergu przëprowadzëła do wariacyjë,
a to dëcht niepòtrzébno; niech lód le lodã, wòda wòdą a para
parą; że wiara w wògóle je òsoblëwszim òrganã ògłupianiô (Verdummungs-Organ),
chtërnégò prôwda jesz żóden rozsądny fiziolog sã niedomaklôł
a jednak są lëdze na swiece, co jen barzilkò pielãgnëją, bò
sã jedënie z niegò żëwią. Ale dôlébóg ju dëcht nôszkaradniészą
rzeczą je, czéj cy mądrzelowie tak dalek sã zabłądzëlë, że
w bët dëszë w lëdzczim cele nie wierzą ë se smiészkami nad
biédnym stanã taczi dëszë sã rozwòdzą, co nôprzód òd płodzeniô
dzecy, a pòtemù òd rozwijaniô sã mùskù ë jegò chòróbsk je
zależnô, téj sã człowiekòwi jaż na głowie włosë jeżą, bò co
za wiele, to niezdrowò. Jednak na pòdstawie dëszë całô mòralnosc
nie tëlkò swiata chrzescyjansczégò, ale czãsto ë pògansczégò
sã òpiéra ë òpiérô. Nawet w naszëch pòwiôstkach ò zaklãtëch
zómkach z królewiónkami abò z królewiczami, panami, ò zaklãtëch
kòscołach z ksãdzami, mnichami, zôkònnicami, ò stãkanich ùmarłëch
na zemi, ò hajtach, jagòwaniach pò lasach, pò pòlach abò w
pòwietrzu, ò ùnoszeniu sã dësz sławnëch, dobrëch lëdzy w etericzné
sferë je werażony pò smiértny bët dëszë abò w piekle, abò
w cziscu, abò téż w niebie, jaktobë kòscół chrzescyjansczi
pòwiedzôł!
P. Jak ci półgłówkowie chcą tedy porządek i moralność na świecie
zachować?
K. Òni ë tu na pësk nie ùpadlë. Pón Karol Vogt pòwiôdô w dzełkù
„Kœhlerglaube und Wissenschaft”, na stronie 122. „Przed nastãpstwã,
chtërné pón Wagner w tak òkrutnëch kòlorach òpisac ùmieje,
më sã nie ùrzasniemë, ani żóden nieòmaniony człowiek sã nie
ùrzasnie. Bò te same nôùczi, co nóm dowòdzą, że bët człowieka
je le doczestny, przemijający, pò chtërnym żódné pòsmiertné
żëcé nastąpic ni mòże, te samé nôùczi napòminają téż nas,
że człowiek je do towarzëstwa stwòrzony, że òn jedënie egzëstowac
mòże przez òbcowanié ze swòjim gatënkã, jedënie przez towarzëstwò
ë w towarzëstwie. Na miésce ny òkropny zemstwë, chtërną pò
krótczim ë barzilkò ùtrudzonym żëcu mô wëkònac jakôż nadswiatowô,
nadlëdzkô jistota, stôwiômë më to dobotné ùznanié, pielãgnowanié
ë wëdoskònalenié negò ùczëcô gatënkòwégò, co nóm przëpòminô,
że wszëtcë lëdze są sobie równi, zarówno ùprawniony do ùżiwaniô
wszëtczégò tegò, co nóm żëcé przëjemnégò dac mòże; na miésce
negò mòralnégò pòrządkù swiata, co to jedënie na òbawie przed
karą, na strachù przed niejaczim niewidzalnym sądã sã òpiérô,
kładzemë më to ùznanié, że żódnémù człowiekòwi nie je wòlno
dlô se to pòżãdac, czegò òn niechce swémù bliznémù bez wszelczi
ògródczi dozwòlëc. Dze zagòrzélc le grzészną, karze pòdpadającą
pòczwarã widzy, tã widzymë më naszégò bliznégò, chtërnégò
niemòralnô òrganizacyjô, chòroblëwé rozwinienié, niestarczającô
żiwnosc ë zmiana mùskù do czinnoscy doprowadzëlë, chtërné
më za òznaczi chòrobë ùznajemë ë starômë sã, abë takòwé ùsmierzëc
ë ùleczëc; – dze zapalenc dlô zachòwaniô mòralnégò pòrządkù
w swiece bòsczé cëda widzy, tã znajdëjemë më naturalné nastãpstwa,
wëniczi naturalnëch stosënków, przed chtërnëmi më sã abò ùpòkòrzëc
mùszimë, abò sã starômë, abë takòwé przezwëcãżëc; – dze wëkòwôwca
testamentë ë spôdkòbierca zasôd Radowicza nôwikszé niebezpieczenstwò
dlô swòjégò mòralnégò pòrządkù na swiece widzy, co to sã òpiérô
na nierównym prawie lëdzy, na panowaniu jednëch a na cerpieniu
drëdżich, na wërównaniu ë rozstrzegnieniu tëch kòntrastów
w żëcu pòsmiértnym, tã spòstrzégómë më rãkòjmią towarzësczégò
pòrządkù, chtëri, na równi wòlnoscy wszëtczich, na ùzasadnieniu
jak nôwikszégò doczestnégò szczescô dlô wszëtczich. Nasze
mòralné ë esteticzné ùczëce, chtëré téż sroce spòd ògòna niewëpadło
ë gwësno òbòk naszëch przecywników sobie sadnąc mòże, czëje
sã przez te maksimë barzëchno zaspòkòjoné, tak że pòdstawë
mòralnégò pòrządkù swiata naszëch przecywników w nôwikszim
stopniu je òbrażają.”
A pón Virchow zôs tak pisze: „Më nie zaprzéczómë, że w sami
rzeczi nôùczi przërodzoné prowadzą do wniosków, chtërné doprôwdë
nie są zaspòkòjającé dlô òbecnégò pòłożeniô na zemi, ë chtërnëch
dosc czãsto nó to ùżëto, abë głosëc przejistoczenié òbecnégò
pòrządkù. Ale më mòżemë dëcht gwësno żãdac, abë tak dobrze
znaczenié ë tresc nôùk przërodzonëch nieòsądzono pòdług głãdów,
do chtërnëch ònë prowadzëc mògą pòjedinczé òsobë, jak sã nierozstrzigô
ò wôrtoscy chrzescyjaństwa pòdług kòżdégò , co sã chrzescyjaninã
mianëje. Prôwdzëwëch zôs wëników, chtëré z badaniô nôtërë
wëpłiwają, ni mòże żódnô dogma zniszczëc, a przë prakticznëch
nastãpstwach, co sã z tegò wëprowôdzają, trzeba sã chronic,
abë relidżiji do ti walczi nie mieszac. Bò òne są abò fałszëwé,
a téj pòdają samé nôùczi nôlepszą broń, abë je zbic, abë jejich
niebezpieczeństwò w rãkach przecywników niemòżlëwim zrobic,
jak je ùznac ë wëkònac.”
P. Co to ja muszę na moje stare lata słyszeć!
K. Cy flabôlowie są gòtowi napisac, że dësza je niewidzalnym,
nieegzëstëjącym towarã, chtërnym tësące a tësące lëdzy handlëją
ë przë tim sã dobrze mają, a gwësno niejeden człowiek te bezbòżnoscë
rôz niepòstrzeże ë jim ùwierzi. Bò òni ùmieją wszëtkò w barzëchno
pësznëch słowach òpòwiedzec ë òpisac. Dlô tegò jim titułë
profesorów, doktorów, literatów ëtd. nadają ë jejich bezbòżné
pisma mają we Francyji ë w Niemczech wicy czëtelników, jak
nasze snôże drëkòwóné żëwòtë Swiãtëch, pòwiôstczi mòralné
ë wiele jinszëch ksążk dlô ludu przez nielëdzy sklejonëch
– te dlô nieludu przez człowieka napisóné jesz na swiat niewëszłë
– miédzë Słowianami; dze, niestetë! ju czasã dają sã czëc
miona: Volter, Russo, Sue, Renan ëtd. abò Strauss, Buer, Feuerbach,
Herwegh ëtd. Nawet ju zaczinają niedëchòwé òsobë biblëją czëtac
ë frantówczi spiewac.

P. Żebym był księdzem, to bym takim bezbożnikom przy spowiedzi
nie dał rozgrzeszenia.
K. Dlô tegò jô jesz rôz pòwtôrzajã, że òd zôchòdë nóm grozy
nôprzód smierc dëchòwô, a pòtemù naturalné celestné zredukòwanié
nas do maszin, do prostëch narzãdzy.
P. To mnie nadzwyczajnie cieszy, iż przynajmniej w Prusach
muszą po moskiewski obok hoblowego Theologa pan profesor i
pan doktor skracać.
K. Jak mie sã zôs wëdaje, to ë tu gwësno niedługò mdze ta
trójka òkòmã chòdzëc; bò w òstatnëch czasach kòżdi w swòjã
stronã cygnie ë tak sã wszëtcë trzej mòrdëją, a wóz, chòc
sã z môla pòrëszi, to jednak niejaką racyją, czéj te trójczi
do grëpë niezaprzigają. Ale to są zasadë pòliticzné pòjedinczëch
państw, a ma sã nie chcema w pòlitikã mieszac. Tak dajma tim
rzeczóm pòkój; a Waspón bądze tak dobri ë swòją stôrą òbietnicã
terôz wëpełni, abò téż witro.
P. Dobrze, dobrze! Jutro, jutro! zupełnie króciuchno.

(skôrb 1868 Nr XII, str. 197)

K. Terôz wëłożë mie, Waspón, nã mësl, że człowiek mòże na
tim swiece żëc bez prôcë, a jesz dobrze żëc.
P. Kto się na tym świecie li tylko bawi, ten żyje, jest szlachcicem;
a kto pracuje, tej jest wołem, osłem, chamem, nieczłowiekiem.
Tak było w Polsce, kiedy kwitnęła, co dosiej ładnie opisano
w dziełku „Verfassung der Republik Polen”, z którego w Skarbie
Kaszubskòsłowiénsczi mòwi się znajduje ustęp: „Stanowisko
chłopów za czasów polskich.” Szlachcic jadł, pił i hulał,
a chłop pracował na siebie i na szlachcica. Dopiero kanclerz
Jędrzi, nie Jan, Zamojski zaczął te rzeczy trochę psuć. Jak
w Polsce za owych czasów było, tak też i we wielu krajach
się dzieło, nawet i dzisiaj w niektórych państwach się podobnie
dzieje, gdzie ale, niestety! miejsce szlachty zajmuje sołdateska
lub się dzielą.
K. Jo, jo! są ë taczé kraje, dze chłop mô jedënie tã przëjemnosc
dzecë płodzëc a białka je rodzëc ë do szóstégò rokù pielãgnowac,
pòtemù òbòje razã mają le ten kłopòt, je przëòdzewac ë żëwic:
bò òd szóstégò do szternôstégò rokù rządzy nimi pón szkólny,
pózdny przez pôrã lat ksądz probòszcz, a téj jaczi wòjskòwi,
jeżlë je knôp. Bògù dzãczi! To nie je tak we wszëtczich krajach,
bò bë gwësno ju wszëtcë chłopi, jak zajce, nad mòrze lecelë,
abë sã ùtopic.
P. Ja zezwalam na to i dodaję jeszcze, że nawet w tych krajach,
o których wspominaliście, i chama uznają za człowieka, kiedy
jeno grube pieniądze posiada albo jakie lumen jest; jednakowoż
to rzadki ptaszek. Albowiem takich ludzi wkrótce do rzędu
szlachty pociągają albo jim obroku umkną.
K. Czéj dzys sołdat wicy pòpłôcô jak szlachcëc, to bë gwësno
nôlepi bëło òstac żôłniérzã ë słëżëc na awans. Kò ju je widocznie,
że w tëch cywilizowónëch ë kùltërowónëch krajach, jak to we
Francyji ë w Niemczech sołdateska wicy znaczi jak szlachectwò.
P. To je prawda. Jednakowoż ja Was się pytam, wielu Wy tam
macie między wyższymi oficerami z stanu miejskiego lub chłopskiego?

K. Dôlëbóg! niewiele, òsoblëwie w tëch regimentach dze wiôldżich
nôùk nie pòtrzeba.
P. Dla tego widzicie, że ja prawdę mówię, kiedy Wam opowiadam,
starajcie się zostać szlachcicem, bo to osi.ągniecie pierwszy
stopień do dobrego życia bez pracy.
K. Skòro bë ë chłopi do tegò rzemiosła sã szarpalë, chtëżbë
sã téj ò żiwnosc ë przëòdzéwk starôł? Ju tak znómë tëch darmòzjadów
dosc ë wiele za wiele. Dlô tegò më sã mùszimë brac do prôcczi
ë starac sã ò nôùczi, a bądą ë pieniążczi.
P. Cóż? Nauki! Czykliż dość często nie widzicie, jak tylko
z syna chamskiego sioę zrobi jaki uczony cżłowiek, osobliwie
ksiądz; że go zaraz właśni rodzice Jegomością mianują i w
ręce całują.
K. To je le bùcha ksãdzewskô. Jinszi ùczony Kaszëbi tak niespanoszeją;
chòc lubią pò niemieckù szwargòtac abò perznã pòlaszëc. Glëpca
zôs nawet w kòscele pò pëskù wëpierzą ë kòżdi jegò òszwabi.
Rozsądny chłop je fùndamentã kòżdégò państwa. A fùndament
je wiedno fùndament. Bez niegò chòc nôwikszi, nôwspanialszi
gmach z pëszną, wësoką wieżą (król, cesôrz), z swiécącëmi
wieżëczkami ë bliszczącym dakã (minystrowie, ùrzãdnicë ë wòjskò),
z wëgładzonëmi scanami (kùpcë, rzemiãsnicë) mùszi z czasã
runąc ë w gruzë sã òbrócëc. Gbùr, to mùr. Dlô tegò kòchajmë
sã, jak bracô, bez różnicë stanów.
P. Jak świat światem, nigdy a nigdy prawdziwy szlachcic się
z chamką nie ożenil przędzej z jaką piękną, bogatą żydóweczką
itd. Więc skoro Wy się do mojej wysokiej idealnej myśli wznieść
nie możecie lub nie chcecie, to już z Wami trudna rada; każdy
z nas musi iść swoją drogą.

K. Niestetë! To òkropné rozróżnianié ë niedostãpné ògraniczanié
stanów bëło, je ë bądze na wieczné czasë Waszim ë naszim nieszczescym
– jeżlë sã nie wmieszô jaczé jinszé plemiã słowiansczé z lepszëmi
zasadami.
Co daj Bòże!
Amen.